Robert Fagan – zapomniany portrecista epoki Grand Tour

Robert Fagan, „Portret z żoną” (1803) – artysta w eleganckim stroju trzyma pędzel, obok półnaga kobieta z ręką opartą na jego ramieniu, na tle pejzażu z drzewem.

W historii sztuki istnieją artyści, którzy doskonale wpisują się w znane narracje: wielkie szkoły, narodowe tradycje, jasno określone style. Są jednak i tacy, którzy wymykają się tym porządkom – funkcjonują na styku światów, pozostając jednocześnie blisko ich centrum i nieco poza nim. Robert Fagan należy właśnie do tej drugiej grupy. Jego życie i twórczość to historia artysty, który widział więcej – nie tylko dlatego, że podróżował, ale dlatego, że potrafił patrzeć.

Fagan, urodzony około 1761 roku w rodzinie irlandzkiego pochodzenia, wychował się w Londynie, ale jego prawdziwym domem stał się Rzym. Przybył tam w 1781 roku, w momencie, gdy miasto było jednym z najważniejszych punktów na mapie kultury europejskiej. To był czas, w którym Grand Tour – edukacyjna podróż młodych arystokratów – osiągnęła swoje apogeum. Rzym nie był tylko miejscem podziwiania sztuki. Był przestrzenią negocjacji, wymiany i ambicji, w której artyści, kolekcjonerzy i handlarze sztuki tworzyli skomplikowaną sieć zależności.

Fagan bardzo szybko odnalazł się w tym świecie. Nie był jedynie malarzem portretowym, choć właśnie z tego żył. Równolegle działał jako handlarz dziełami sztuki i antykami, pośrednik między brytyjskimi kolekcjonerami a włoskim rynkiem oraz – co szczególnie istotne – uczestnik wykopalisk archeologicznych. Jak opisuje Raleigh Trevelyan w klasycznym artykule „Robert Fagan: An Irish Bohemian in Italy” opublikowanym w magazynie Apollo w 1972 roku , był postacią niezwykle aktywną, niemal modelowym przykładem „bohemy” funkcjonującej między sztuką a handlem.

Ta podwójna tożsamość nie była wówczas niczym niezwykłym. Wręcz przeciwnie – w realiach końca XVIII wieku często stanowiła warunek sukcesu. Artyści, którzy chcieli przetrwać, musieli rozumieć rynek. Fagan rozumiał go doskonale. Dzięki wsparciu wpływowych patronów, w tym księcia Augusta Fredericka, prowadził wykopaliska w Rzymie i jego okolicach, m.in. przy Via Appia oraz w rejonie Ostii. Odkrywał antyczne rzeźby, nadzorował ich wydobycie i transport, a następnie wprowadzał je na rynek kolekcjonerski. Wiele z tych znalezisk trafiło do ważnych europejskich zbiorów, w tym do Watykanu.

To doświadczenie – bezpośredni kontakt z antykiem – ukształtowało jego sposób patrzenia na sztukę. Dla Fagana klasycyzm nie był stylem, lecz rzeczywistością. Dotykał marmuru, oglądał fragmenty rzeźb wydobywane z ziemi, obserwował, jak historia materializuje się na jego oczach. Nic więc dziwnego, że w jego malarstwie pojawia się szczególna równowaga: z jednej strony klasyczna harmonia, z drugiej – wnikliwa obserwacja człowieka.

Jego życie było nieustannym ruchem. W 1797 roku, w czasie napoleońskiej okupacji Rzymu, zmuszony był opuścić miasto i udać się do Neapolu. Później wracał, podróżował, utrzymywał kontakty z Londynem, działał również na Sycylii, gdzie w 1809 roku objął stanowisko brytyjskiego konsula generalnego. Tam prowadził kolejne wykopaliska, m.in. w Selinunte i Tyndaris. Był więc jednocześnie urzędnikiem, archeologiem i artystą – postacią niezwykle nowoczesną w swojej wielofunkcyjności.

W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera obraz znany dziś jako „The Artist and his Wife” z 1803 roku. Dzieło to znajduje się obecnie w kolekcji The Hunt Museum w Limerick w Irlandii i przedstawia samego Fagana wraz z jego drugą żoną, Marią Ludovicą Flajani, którą poślubił w 1801 roku, niedługo po śmierci pierwszej żony.

To nie jest typowy portret epoki. Fagan ukazuje siebie z książką i piórem, spoglądającego w stronę widza, podczas gdy jego żona stoi nieco za nim, opierając rękę na jego ramieniu. Relacja między nimi nie jest teatralna ani demonstracyjna. Nie ma tu ostentacyjnego pokazu statusu, tak charakterystycznego dla portretów arystokratycznych. Jest natomiast coś znacznie trudniejszego do uchwycenia – intymność.

I właśnie to czyni ten obraz jednym z naszych ulubionych.

W epoce, która kochała reprezentację, Fagan proponuje spotkanie. Zamiast budować dystans, skraca go. Zamiast opowiadać o pozycji społecznej, pokazuje relację. Można odnieść wrażenie, że patrzymy nie na oficjalny portret, ale na moment zatrzymany między dwojgiem ludzi.

To podejście wynika z jego doświadczeń. Fagan znał świat od kulis. Widział arystokratów nie tylko podczas oficjalnych pozowań, ale także w prywatnych sytuacjach. Rozumiał mechanizmy reprezentacji, ale nie był ich niewolnikiem. Być może właśnie dlatego jego obrazy są tak „ciche”, a jednocześnie tak intensywne.

Jednak życie Fagana, mimo sukcesów i kontaktów, nie było historią spełnienia. W jego biografii pojawia się coraz więcej napięć. Działalność handlowa, która przynosiła mu dochody, wiązała się również z ryzykiem. Archeologia była kosztowna, zależna od patronów i polityki. Funkcja konsula nie gwarantowała stabilności. Z biegiem lat jego sytuacja finansowa zaczęła się pogarszać.

Powrót do Rzymu nie przyniósł ulgi. Wręcz przeciwnie – narastające długi, presja środowiska i prawdopodobne problemy osobiste doprowadziły do dramatycznego finału. W 1816 roku Robert Fagan odebrał sobie życie, wyskakując z okna w Rzymie.

To wydarzenie rzuca nowe światło na jego twórczość. Obrazy, które wcześniej można było odczytywać jako spokojne i wyważone, zaczynają nosić w sobie ślad napięcia. Jakby pod powierzchnią harmonii kryło się coś więcej – doświadczenie życia na granicy.

Po jego śmierci jego młoda wdowa sprzedała część zgromadzonych przez niego antyków do Muzeów Watykańskich, zamykając w ten sposób pewien rozdział historii kolekcjonerstwa.

Dziś Robert Fagan pozostaje postacią nieco zapomnianą, ale coraz częściej przywoływaną przez historyków sztuki. Jego życie doskonale wpisuje się w przemiany epoki – przejście od świata patronatu do nowoczesnego rynku sztuki, od stabilnych struktur do dynamicznych relacji.

A jego „portret z żoną z 1803 roku” pozostaje jednym z tych dzieł, które działają powoli. Nie narzuca interpretacji, nie epatuje formą. Wymaga czasu. Ale jeśli się mu go poświęci, zaczyna odsłaniać to, co najciekawsze – człowieka.

I być może właśnie dlatego wracamy do niego tak często.



Komentarze: 0

Wprowadź komentarz